Zarabiam tylko na suszy. Wywiad z plantatorem bobu



Albert Katana - 19 lipca 2021 10:30


Teraz jest tak, że dla mnie najlepiej jest, gdy jest susza. Nie życzę nikomu, ale ja zarabiam tylko na suszy, bo wtedy bobu jest mało i ceny są przyzwoite. Po co mi zawieźć 5 ton bobu, skoro za 1,5 tony mam więcej, bez tej pracy? W warzywnictwie odbić się można tylko na suszy - mówi Marek Bocianowski, producent bobu z Dobrosławia gm. Żmigród pow. trzebnicki.

Od ilu lat uprawia Pan bób? Dlaczego podjął się Pan tej uprawy? Jakie odmiany Pan uprawia (deserowe czy do przetwórstwa) co decyduje o ich wyborze? Na jakiej powierzchni? Jaki plon z hektara?

Uprawiam bób od kiedy kupiłem pierwszy hektar ziemi, od 1997 r. Dlaczego bób? Po prostu, od czegoś trzeba było zacząć. Tu wiele osób uprawia bób. Ale uprawiałem też na przykład ogórki, w tamtych czasach to było dochodowa uprawa.

Bób mam na 8 hektarach, odmiany tradycyjne: Bachus, Topbob, Bizon.

Plon z hektara trudno oszacować, zależny jest od pogody. Kiedyś plon był większy, teraz gdy jest sucho ciężko jest zebrać 3 tony. Nie wiem, czy to przez zmiany klimatu, czy ten upał wypala pyłek, strąca kwiaty... Dlatego powiększyły się areały upraw, bo plon jest mniejszy niż kiedyś.

Nawożenie bobu

Uprawę opiera Pan na naturalnych mikroorganizmach i oborniku - czy to znaczy, że ma Pan produkcję ekologiczną?

Chciałem kiedyś wejść w uprawę ekologiczną, ale środki ochrony nie są po prostu dostępne, trzeba dowiadywać się o sposobach ochrony od różnych producentów, od sadowników po producentów borówek. Mikroorganizmy stosuję od 7 lat, najpierw 40 litrów na hektar w dwóch dawkach, teraz co roku 30 litrów, EM naturalny albo EM+. Nie stosujemy herbicydów, odchwaszczamy mechanicznie, albo ręcznie.

Wie pan, jak chcemy mieć ekologiczną żywność, musimy zamknąć zakłady chemiczne na całym świecie. Bo co z tego, że my będziemy produkować ekologicznie, skoro na Ukrainie pryskają i nawożą czym chcą?

A po co nam nawozy? Potrzebne jest zmianowanie, odbudowa próchnicy, obornik kompostowany. Kiedyś obornik kompostowało się za chlewikiem, był pełny od dżdżownic, to było czarne złoto! Gdy ja bób odkrywam wiosną z włókniny, ziemia tętni życiem! Dżdżownic, gdy mi zalało pole to było tyle, jakby makaron rozsypał.

Trzeba zmienić myślenie o ziemi - ziemia to matka, czy pan trułby matkę? W ziemi jest życie, dżdżownice dają życie ziemi. We wrześniu dżdżownice mają wylęg, nie wolno wtedy jeździć niczym po polu, bo to je zabija. A rolnicy sypią nawóz, ten nawóz nie ma się gdzie zatrzymać, bo nie ma próchnicy w ziemi, wszystko ucieka do rzek. To jest bez sensu.

Czy stosuje Pan przyśpieszoną uprawę bobu? Stosuje Pan rozsady czy siew? Ile siewów w ciągu sezonu Pan wykonuje? Stosuje Pan agrowłókninę?

Najpierw zasiałem pod agrowłókninę, w dwóch terminach, pierwszy raz pod koniec lutego, a potem już trzeci zasiew bez agrowłókniny. Wie pan, to wszystko zależy od pogody, nie da się ustalić terminu siewu, trzeba iść na pole, zobaczyć w jakim stanie jest pierwszy i drugi zasiew, żeby później nie zbiegły się terminy zbiorów.

Nie sieję na późny zbiór jesienny, bo plon jest bardzo niski, nie wiem, czy się tonę uzbiera. Bób lubi temperaturę bardzo zimną na początku, wytrzymuje nawet -5 stopni, a nie lubi upałów.

Nawadnianie plantacji bobu

Bób lubi też wodę - ma Pan problem z wodą do podlewania plantacji?

Nie mam żadnych studni głębinowych, nie inwestuję w to, bo przyszłość jest niepewna, nigdy nie wiadomo jaką cenę się osiągnie.

Gdyby cofnąć się do 1997 roku, to nic nie zdrożało, ani fasolka, ani bób, zdrożało za to paliwo, środki, maszyny, woda, pracownicy. W tamtych czasach uprawa bobu była bardzo opłacalna - kilogram nasion kosztował 5 zł, paliwo 1,80, pracownikom płaciłem 3,50 za godzinę; pierwszy bób sprzedawałem za 14 zł/kg, kończyłem sprzedaż na 10 zł, wtedy zaczynali sprzedawać ci, co uprawiali bez agrowłókniny.

Dziś nasiona kosztują 25 zł, paliwo 6 zł, a bób 4 zł. Ja zaczynałem od 3,70 ha, i z tego postawiłem dom, halę, kupiłem maszyny, wychowałem dzieci; dziś muszę mieć 20 ha żeby przeżyć, bo dziś żeby osiągnąć ten sam dochód z hektara trzeba powiększać areał ośmiokrotnie. Trzeba więcej pracy, więcej maszyn, więcej pracowników. Pracujemy po 16/18 godzin przez siedem dni w tygodniu - nie ma kiedy odpocząć, nie ma kiedy pójść do kościoła. Wprzęgliśmy się w kierat a nie możemy z tego zrezygnować, bo przecież każdy ma rodzinę, kredyty.

Pierwszy bób kosztował nawet 40 zł w detalu… Pan nie sprzedaje w detalu?

Wie pan, jak ktoś ma miejsce, gdzie przychodzi lekarz, adwokat, to może i sprzedać za taką cenę. Ale to żadna okazja dla producenta, bo przecież nie zawiózł na giełdę tony tylko 50 kg, a żeby te 50 kg wyłuskać musiał plantację obejść kilka razy.
To nie jest możliwe, żebym sprzedawał w detalu, bo mam za dużo. Przez internet też nie jest możliwe sprzedawać, bo kto mi przyjedzie na podwórko i odbierze 2-3 tony na raz? Takie gadanie to tylko skłócanie miasta ze wsią.

Opłacalność uprawy bobu

Proszę powiedzieć - uprawa bobu teraz jest opłacalna?

Koszty są kolosalne, nawet woreczki, które idą w tysiącach, kosztują 12 zł. Mówię to wprost swoim kontrahentom - jak nie dostanę za woreczek bobu 4 zł to mnie się nie opłaca zbierać. Wolę zasiać zboże, kukurydzę, nie mieć pieniędzy ale nie mieć pracy, pracowników, kołchozu na podwórku.
Są tacy, którzy mają po kilkaset hektarów i produkują bób i tak go zbiorą nawet za 2 zł, bo bób jest podkładką pod zboże na następny rok.

Teraz jest tak, że dla mnie najlepiej jest, gdy jest susza. Nie życzę nikomu, ale ja zarabiam tylko na suszy, bo wtedy bobu jest mało i ceny są przyzwoite. Po co mi zawieźć 5 ton bobu, skoro za 1,5 tony mam więcej, bez tej pracy? W warzywnictwie odbić się można tylko na suszy.

Zatrudnia Pan pracowników?

Teraz prawie wszystko jest zmechanizowane, ale do rwania strąków nie ma maszyny, trzeba to robić ręcznie, a później trzeba to popakować, poważyć, pometkować. Wie pan, kiedyś bobu były małe ilości, babcia skubała, dziadek, dzieci, sąsiedzi przychodzili, było wesoło. Dziś nikt z wioski do pracy nie przyjdzie, choćby mu na jedzenie brakowało. Dlatego od wielu lat zatrudniam Ukraińców, mimo że w okolicy są bloki popegieerowskie i ludzie z tych bloków nie pracują. Ale nie biorę ludzi od pośredników, przyjeżdżają stale ci sami, rodzinami, nawet w czasie pandemii.

Polski Ład - sytuacja warzywników

Polski Ład ma poprawić sytuację rolników - co Pan o tym myśli?

Wie pan, to nie jest takie proste. Żeby pomóc rolnikom, trzeba by wymienić tych ludzi, co rządzą na takich, co znają prawdziwą robotę. Ja, od kiedy uprawiam swoją ziemię, zakupioną przez siebie, nie dostałem nic od państwa, żadnych dotacji, żadnych “prowów”. Zaczynałem od zera, na kredytach. Nie miałem domu, maszyn, na giełdę jeździłem nysą albo samochodem osobowym, pieliłem ręcznym pielnikiem, siałem ręcznym siewnikiem. Ale kiedyś na każdym przystanku w mieście można było kupić warzywa - kupcy przyjeżdżali na giełdę, brali potężne ilości, po kilkaset kilo na raz i sprzedawali z niską marżą: my mieliśmy zarobek i oni mieli zarobek. Teraz kupiec kupuje woreczek, dwa, i sprzedaje z marżą 300%. Dlaczego nie weźmie kilkadziesiąt kilo i sprzeda taniej? Nie, bo nie chce dźwigać towaru, kupować większego samochodu. Kioskarze się wycwanili, kupują mało, sprzedają drogo, a jak babcia stanie na chodniku z pęczkiem pietruszki zaraz przyjdzie straż miejska i ukarze ją mandatem! To dla kogo są te chodniki? Dla narodu, czy dla tych rządzących? Oni pobrali pieniądze od tych, co budowali markety i dlatego nie chcą, żeby był mały handel.

Rządzących miastami trzeba wyrzucić, wtedy warzywnictwo odżyje. W zeszłym roku mnie zalało, popłynęło z wodą kilka hektarów; w tym roku bób po kolana w wodzie, fasolka podtopiona, udusiła się w wodzie - czy ktoś się zainteresował tym? Gdzie jest wojewoda, gdzie jest ktoś z KOWR-u, z Agencji? Nie wiedzą, że na Dolnym Śląsku były ulewy? Proszę pana, to są krawaciarze, w kawiarniach piją dobrą wódkę, a tu trzeba człowieka normalnego który wie, jak wygląda rolnictwo.

Dziękuję za rozmowę.

Warzywa - sprawdź ofertę lub dodaj swoje ogłoszenie na gieldarolna.pl.