Kondycja polskiego sadownictwa i warzywnictwa - pełna relacja debaty (galeria zdjęć)



www.sadyogrody.pl - 18 grudnia 2016 20:50


Podczas II edycji konferencji "Sady i ogrody na Narodowym" w czasie debaty rynkowej eksperci z sektora owoców i warzyw podsumowali i ocenili miniony sezon, rozmawiali o finansowaniu i rozwoju sektora ogrodniczo-warzywniczego w Polsce. Specjaliści omówili również największe problemy i wyzwania sadowników i warzywników w Polsce oraz wskazali również w którym kierunku powinien podążać sektor. Przeczytaj pełną relację z debaty rynkowej zatytułowanej „Kondycja polskiego sadownictwa i warzywnictwa”.

Podczas sesji rynkowej w trakcie II edycji konferencji " Sady i ogrody na Narodowym" eksperci omówili najważniejsze tematy związane z sektorem ogrodniczo-warzywniczym.

Na początku debaty dr Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej PIB, oceniła tegoroczny sezon owoców i warzyw. - W tym sezonie zbiory warzyw były wyższe o 17 proc. ale trzeba pamiętać, że jest to wzrost odniesiony do bardzo niskiego poziomu zbiorów w roku 2015 r., kiedy z kolei mieliśmy spadek zbiorów o 18 proc. wynikający z suszy sierpniowej. W tym roku w zasadzie wróciliśmy do poziomu zbiorów z 2014 r. Warunki przez większą część sezonu były korzystne w odniesieniu w zasadzie do wszystkich gatunków - mówiła.  

Z kolei w owocach największy wzrost nastąpił w malinach, jednak tu miała miejsce taka sama sytuacja jak w przypadku warzyw – susza sierpniowa spowodowała głęboki spadek zbiorów a tym roku nastąpiło niejako odbicie do poziomu z roku 2014 r. - Bieżący sezon jest udany z punktu widzenia zbiorów z punktu widzenia cen jest dokładnie odwrotnie - mówiła podczas konferencji Bożena Nosecka.

I dodała, że ceny skupu warzyw zarówno kierowanych do przetwórstwa jak i do konsumpcji były zdecydowanie niższe w stosunku do bardzo wysokich ubiegłorocznych, więc może być wrażenie że nastąpił głęboki spadek a był to po prostu powrót cen do przeciętnego poziomu roku 2014 - mówiła ekspertka IERiGŻ.

W przypadku owoców wzrost cen wystąpił tylko w odniesieniu do truskawek, których zbiory były niższe niż w roku 2015 r. – ze względu na przyspieszenie zbiorów - brak opadów deszczu spowodował skrócenie okresu zbiorów i zmniejszenie produkcji a w konsekwencji wzrost cen. Zdaniem Bożeny Noseckiej na dobre ceny truskawek kierowanych do przetwórstwa wpływ miały również bardzo niskie zapasy mrożonych truskawek na rynku europejskim.

- Nastąpił również spadek cen malin – tego spodziewaliśmy się jeszcze przed sezonem. Na ceny malin ma ogromny wpływ to, co dzieje się na rynku światowym. Bardzo wysokie ceny malin w ostatnich trzech sezonach spowodowały, że rynek był już zmęczony wysokimi cenami przetworów z malin i malin mrożonych. Spadek cen był więc oczekiwany. Z kolei w czarnej porzeczce ma miejsce czwarty rok bardzo niskiej opłacalności produkcji tych owoców.  Jesteśmy największym na świecie producentem tych owoców i eksporterem przetworów z tych owoców a ceny wykazują największe wahliwości. Popyt na te owoce nie jest duży. Trzeba zrobić ogromną pracę organiczną, żeby spowodować zwiększenie zapotrzebowanie na te owoce. Zakłady mają jeszcze zapasy niesprzedanych owoców sprzed paru lat - zaznaczyła ekspertka IERiGŻ.

Następnie Janusz Andziak, prezes Stowarzyszenia Plantatorów Truskawek, podsumował sezon truskawkowy. - Producenci truskawek, którzy potrafią wyprodukować towar wysokiej jakości, są w stanie osiągnąć zadowalający wynik finansowy i mają przed sobą dobre perspektywy rozwoju - mówił prezes Stowarzyszenia Plantatorów Truskawek.

Janusz Andziak zapewniał podczas konferencji, że miniony sezon był dobry albo nawet bardzo dobry – jednak wyłącznie dla tych plantatorów, którym udało się uzyskać wysokiej jakości owoce. - Jeśli ktoś np. nie miał owoców ze względu np. na przemarznięcie plantacji to oczywiście zadowalającego finansowego nie osiągnął. Ale dla dużych i dobrych producentów to był dobry rok - dodał.

- Przyznam, że ten rok zapowiadał się tragicznie. Nie pocieszały nas, a wręcz stawiały do pionu, zakłady przetwórcze, mówiąc że będziemy sprzedawać owoce po cenach jakie nam zaoferują. Tak było na początku sezonu – bo mówiono o rekordowych zapasach. Dlatego zakłady na początku proponowały 1,5 zł za łubiankę truskawek z szypułkami, co w większości nie pokrywało nam nawet kosztów zbiorów. Jednak sezon skończył się na poziomie 3,5-4 zł. Z kolei za truskawkę odszypułkowaną początkowo proponowano producentom 2,5 zł/kg a sezon zakończył się ceną 7 zł/kg. Czyli można było zapłacić więcej a zapasów wcale nie było. Taka polityka zakładów powtarza się od lat i jest to moim zdaniem błędne koło - wyliczał podczas konferencji prezes SPT.

Jego zdaniem rynek truskawki przemysłowej potrzebuje stabilizacji, zwłaszcza, że zakładów ubywa.

- Nie musi wcale tak  być, że truskawka przemysłowa to wyłącznie odpad z produkcji deserowej. Zwłaszcza, że w Polsce mamy duże tradycje, dogodny klimat, odmiany przystosowane do produkcji truskawek przemysłowych typu Senga Sengana  i część plantatorów mogłaby uzyskiwać godziwe pieniądze z tej uprawy - alarmował Janusz Andziak. 

Szef Stowarzyszenia Plantatorów Truskawek scharakteryzował również tegoroczny sezon . – W tym roku sezon zaczął się dużo wcześniej, zakłady przespały trochę jego początek, nie otwierały się w związku z czym plantatorzy mieli problemy ze sprzedażą gorszej truskawki. Do tego trafiały one na rynek deserowy i psuły cenę. Później, kiedy zakłady się zorientowały że przespały początek sezonu, nagle wzrosło zainteresowanie truskawką przemysłową, jednak wówczas nie było już możliwości jej kupić. Wiele plantacji w rejonie Czerwińska zostało przemrożonych zimą, przez co plony i jakość owoców były niższe niż przed rokiem - mówił Janusz Andziak.

W przypadku owoców deserowych - na początku sezonu ceny truskawek spod osłon były wysokie – od kilku lat ta tendencja się utrzymuje. - Plantatorzy, którzy kilka lat temu zainwestowali w nowoczesną produkcją, osłony, tunele, teraz czerpią z tego profity Od kilku lat utrzymuje się również tendencja, że truskawki z upraw przykrywanych na płasko – z których słynie Czerwińsk – osiągają niskie i niezadowalające dla producentów ceny. Obecnie jeśli ktoś chce uzyskać wysokie ceny za owoce deserowe to muszą być to owoce najwyższej jakości. Dzisiaj na rynku jest duża różnica w cenie między towarem średniej jakości a towarem premium i myślę, że ta tendencja będzie się pogłębiała i za parę lat owoce średniej jakości będą towarem nie do sprzedania. Zwłaszcza, że wzrasta ilość nasadzeń, wchodzą nowe odmiany - zaznaczył Janusz Andziak podczas konferencji.

Z kolei prezes Zrzeszenia Producentów Papryki RP podkreślał podczas spotkania, że producenci warzyw muszą się integrować. - Rejon radomski, z którego pochodzę jest najbardziej skoncentrowanym jeśli chodzi uprawę spod osłon w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Tutaj skupia się produkcja papryki oraz innych surowców. Ten sezon zaczął się nie najlepiej, ze względu na to, że pierwszym produktem, który się u nas pojawił była kapusta pekińska, która przez lata na dużą skalę była sprzedawana do Rosji. W związku z embargiem dużo pekinki zostało zaorane - mówił podczas konferencji "Sady i ogrody na Narodowym" Mirosław Łuska, prezes Zrzeszenia Producentów Papryki Rzeczypospolitej Polskiej.

Prezes Zrzeszenia Producentów Papryki RP podczas konferencji zwrócił również uwagę na to, że rynek warzyw jest totalnie rozproszony i niezorganizowany.

- Na rynku warzyw działa kilkanaście podmiotów. Osoby, które prowadzą skupy zaangażowały własne pomysły i oszczędności i uważam jako producent, że jest to bardzo pożyteczne dla naszego rynku, należałoby tylko ten segment zintegrować. Pracujemy nad tym, żeby stworzyć jeden podmiot, który mógłby nas reprezentować na zewnątrz. Pozwoliłoby to na ustabilizowanie cen i planowania produkcji - dodał Mirosław Łuska.

I dodał, że reprezentowany przez niego sektor nie ma żadnego wsparcia od władz. - Kiedy wchodziliśmy do UE założono, że należy zorganizować rynki, żebyśmy mogli być konkurencyjni na arenie międzynarodowej. Niestety w 2012 r. przerwano to wsparcie. Jesteśmy w trudnej sytuacji, bo nie możemy się organizować. Próbujemy wpływać na legislację i czynniki decyzyjne. Rynek warzyw jest wart tego, żeby go wspierać. Produkujemy dużo i dobrze, kraj ma z tego korzyści, bo dużo eksportujemy i ten nasz eksport stale rośnie jednak potrzebujemy wsparcia. Jednak KE nie interesuje się faktami - grzmiał podczas konferencji Mirosław Łuska.

Krzysztof Wierzbicki, prokurent Grupy Producentów Warzyw Primavega w trakcie dyskusji przyznał, że to był trudny sezon - przez przyspieszoną wegetację warzyw. - Ten sezon nie należał do najłatwiejszych. Dokuczył nam brak wiosny - na koniec maja i w czerwcu panowało upalne lato. Nasz plan i schemat produkcji, który ułożyliśmy sobie do końca czerwca, bazował głównie na odmianach warzyw wiosennych, które nagle musiały zetknąć się z klimatem upalnego lata.  Przyczyniło się to do ogromnego przyspieszenia procesu wegetacji - nasze warzywa urosły za szybko – mówił Krzysztof Wierzbicki.

Przyspieszona wegetacja warzyw miała miejsce zarówno w całej Polsce jak i Europie. - W efekcie tego nagle rynek stał się zbyt mocno nasycony tymi produktami co wiązało się z dużymi problemami z ich sprzedażą. Nie byliśmy w stanie ulokować jakichkolwiek nadwyżek warzyw, które w wyniku szybszego wzrostu się pojawiły - zapewnia Krzysztof Wierzbicki.

Dalsza część polskiego sezonu miała być lepsza jednak nie była, bo konsumenci nie podyktowali wyższych cen.

- Szacujemy, że w tym roku cały biznes zamkniemy na granicy zera. Jednak to, co nas osłabiło to nas wzmocni. Dzięki tym doświadczeniom siedliśmy do planów produkcji i sprzedaży na następny rok, przyjrzeliśmy się problemom, które mieliśmy w tym roku i zrobimy wszystko żeby w przyszłości ich nie popełnić - zapewnia Krzysztof Wierzbicki.   

W kolejnej części debaty rynkowej Mirosław Maliszewski, prezes Sadowników RP, zabrał głos w sprawie rynku jabłek i rosyjskiego embarga. - Trudno oszacować jak będzie wyglądać kolejna część sezonu. Wszystko zależy od tego co się będzie działo w relacjach Europa-Rosja, Europa-Wschód. Te relacje nie idą w dobrym kierunku przez co pokuszę się o stwierdzenie takie, w które jeszcze niedawno sam bym nie uwierzył, że embargo nie będzie zniesione w najbliższym czasie. Więc cały czas będziemy funkcjonować w atmosferze rosyjskiego embarga i ten czynnik musimy brać pod uwagę - mówił podczas konferencji "Sady i ogrody na Narodowym" Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Mirosław Maliszewski, który był prelegentem debaty rynkowej zatytułowanej "Kondycja polskiego sadownictwa i warzywnictwa" w ramach II edycji konferencji "Sady i ogrody na Narodowym", która miała miejsce 22 listopada, podczas konferencji mówił o tym, że jego zdaniem w tym roku nie było rekordowego zbioru jabłek.

- Zbiory będą coraz większe. Będą rosnąć, wszyscy się tylko zastanawiają w jakim tempie. I my w Polsce jak i sąsiedzi w Europie. Na każdej poważnej konferencji sadowniczej w Europie analizuje się to, co dzieje się w Polsce, bo jesteśmy trzecim albo czwartym producentem jabłek na świecie z tendencją taką, że mamy szansę wejść na 2 miejsce na podium - zaznaczył Maliszewski.

Jego zdaniem jeśli przeanalizować zainteresowanie materiałem szkółkarskim to widać zainteresowanie nowymi odmianami, takimi, które spełniają oczekiwania rynków daleko położonych jednak są również robione nasadzenia standardowe z odmiany tych, które już sprzedajemy w naszej strefie klimatycznej.

- Uważam, że nie ma rekordowego zbioru jabłek w tym roku – dowodem na to jest podaż owoców i zapotrzebowanie przemysłu przetwórczego, który zapewniał na początku sezonu, że absolutnie nie jest zainteresowany tak dużymi ilościami jabłek do produkcji koncentratu, które mamy w sadach. A także to, że mieliśmy dużą ilość gradu w tym sezonie, przez co jakość tych jabłek była niższa. Na pierwszy rzut oka uważam, że tegoroczne zbiory nie były rekordowe - mówił szef Sadowników RP.

I dodał, że tegoroczna wiosna była słaba dla sadowników, i to z kilku powodów. - Chodzi o poziom cen, głównie spowodowany brakiem możliwości wycofania a przez to podniesienia średniej ceny z gospodarstwa po drugie słaba jakość jabłek, które były wyciągane z chłodni. Ci sadownicy, którzy mieli dobrą jakość ci na jabłkach zarobili - wyliczał.

Natomiast w drugiej części sezonu, tuż po zbiorach, w jabłkach deserowych mielimy do czynienia z drastycznym załamaniem cen w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, ceny były na poziomie 50 proc. - Niebagatelny wpływ na to ma oczywiście rosyjskie embargo i będzie miało, mimo, że Białoruś się pojawia jako spory odbiorca jabłek z Polski. Jednak trzeba mieć świadomość, że do sierpnia 2014 r. notowaliśmy dynamiczny wzrost importu rosyjskiego i nic nie wskazywało, że ten trend się zatrzyma. I mimo, że Rosja różnymi kanałami jabłka kupuje, to jednak widzimy bardzo wyraźnie w Rosji dużo mniejsze spożycie i mniejszy import - mówił Mirosław Maliszewski podczas debaty. 

Jego zdaniem embargo ma decydujący wpływ i będzie miało wpływ jeszcze przez jakiś czas, bo w odróżnieniu od warzyw nie jest łatwo przestawić nagle produkcji sadowniczej na produkcję odmian akceptowanych na dalekich rynkach. Nie da się od tal 1 mln ton jabłek eksportowanych do Rosji zamienić na 1 mln ton jabłek do Chin. A brak możliwości wyeksportowania do Rosji już miało wpływ na niskie ceny.

- Brak mechanizmu wycofywania już na początku sezonu i strach sadowników że ten poziom na wycofanie będzie mizerny, spowodował psychiczną barierę, że w tym sezonie na pewno nie uzyskamy wysokich cen. Jednak na szczęście sadownicy, w odróżnieniu od poprzednich lat, zaczęli się bardzo mądrze zachowywać, nauczyli się reagować na zmieniający się rynek i wtedy kiedy następuje spadek ceny, wstrzymują dostawy. Jeśli cena 1 kg jabłek spada poniżej 0,30 zł/kg sadownicy nie dostarczają tych owoców. Podobnie jest w przypadku jabłek deserowych. Sadownicy nie są już tylko zainteresowani żeby sprzedać jabłka i się ich pozbyć, ale chcą je sprzedać za opłacalną cenę - mówił w czasie konferencji Mirosław Maliszewski.

Jak będzie wyglądać kolejna część sezonu? - Ciężko stwierdzić. Wszystko zależy od tego co się będzie działo w relacjach Europa-Rosja, Europa-Wschód. Te relacje nie idą w dobrym kierunku przez co pokuszę się o stwierdzenie takie, w które jeszcze niedawno sam bym nie uwierzył, że embargo nie będzie zniesione w najbliższym czasie, bo te relacje idą w odwrotnym kierunku niżbyśmy sobie tego życzyli. Więc cały czas będziemy funkcjonować w atmosferze rosyjskiego embarga i ten czynnik musimy brać pod uwagę. Poza tym w długiej perspektywie będziemy mieli do czynienia z większą produkcją jabłek. Pytanie jak  racjonalnie  zagospodarować je tak, aby gospodarstwa nie upadały a ceny były w miarę atrakcyjne, aby przetrwać do tzw. lepszych czasów - pytał szef sadowników.

Mamy jeszcze rynek Europy Zachodniej – jednak zdaniem posła Maliszewskiego mimo pozornego otwarcia tych rynków, są one dla wielu polskich produktów zamknięte. - Teoretycznie możemy eksportować, jednak jest to szalenie trudne choćby ze względów organizacyjnych, to są duże podmioty, które oczekują długoterminowych jednolitych partii dostaw, długich terminów płatności, odpowiedniej jakości. Niestety dzisiaj jesteśmy zdani na razie tylko na to, że to co trafia do Europy Zachodniej to operatorzy sprzedają jako własne produkty. Jest obawa czy rynki zewnętrzne będą nam w stanie zrekompensować brak Rosji i czy te rynki odbiorą od nas wzrost produkcji, który będziemy w najbliższym czasie odnotowywać - alarmował Maliszewski. 

Jednak cieszy to, że branża robi bardzo dużo, żeby te nowe rynki zdobywać. - To co się stało z Chinami i Wietnamie – to jest pozytywne, wszędzie widać polskie jabłka i polskich producentów - dodał.

- Sadownicy, którzy jabłka mają zamknięte w chłodniach z kontrolowaną atmosferą mają nadzieję, że uda im się w przyszłym roku sprzedać jabłka za wyższą cenę niż obecnie. Gdybyśmy dzisiaj chcieli sprzedać wszystko, to dostajemy ok. 0,50 zł/kg, maksymalnie 1 zł/kg – to nie gwarantuje gospodarstwom przetrwania do kolejnego sezonu. Sytuacja jest niesamowicie trudna, jest dużo trudniejsza niż w truskawkach czy warzywach. Mamy problem jak racjonalnie zagospodarować tą ilość jabłek deserowych po to, aby uzyskać dobre ceny, mając w głowie: embargo rosyjskie, rosnącą produkcję i niedostateczny eksport na rynki krajów inne niż dotychczasowe - wyliczał Mirosław Maliszewski.

W dyskusji zabrał głos również Adam Benedykt Jeznach, członek Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw Unia Owocowa, ekspert mówił o ogromnej stracie rynku rosyjskiego. - Byliśmy obecni w Rosji z naszymi jabłkami od ponad 30 lat i dostosowaliśmy odmiany oraz cały system dystrybucji pod ten rynek. W 2014 r. do Państw WNP eksportowaliśmy rekordową ilość 853 tys. ton jabłek. Niestety już nigdy nie powrócimy na ten rynek z taka ilością, gdyż od czasu embarga nasadzenia jabłoni w Rosji przekroczyły 130 mln. sadzonek drzew. Powstały gigantyczne sady prowadzone przez agronomów - specjalistów z Włoch, Francji, Holandii i Polski - dodał ekspert.

Eksport polskich jabłek do Państw starej U-15, w 2014 r. wyniósł 166 tys. ton, a w 2015 r. spadł do 121 tys. ton. - Spowodowane jest to ochroną własnego rynku przez wprowadzanie w tych państwach coraz większej ilości ograniczeń np. w ilości sumy pozostałości użytych pestycydów, co utrudnia eksport polskich jabłek do Europy zachodniej. Z kolei do rynków perspektywicznych można zaliczyć ZEA, China, Singapur, Tajlandia a także i Afryki. Konsumenci tych państw mają ustabilizowane oczekiwania co do odmian, koloru jabłek, nasycenia barwy i smaku oraz co do bardzo wysokiej jakości i trwałości - zapewniał podczas konferencji Adam Jeznach.

Ekspert przypomniał, że eksport polskich jabłek do niektórych z tych państw jest już faktem. - Natomiast wejście z naszym Idaredem jest dość trudne ale możliwe w dłuższej perspektywie. Inne odmiany jak Jonagored, Szampion nie wytrzymują długiego transportu i dojeżdżają w złym stanie. Innymi naszymi odmianami odbiorcy ww państw, praktycznie w ogóle nie są zainteresowani jak np.: Ligolem. W zdobywaniu nowych rynków najważniejsza jest jakość eksportowanych jabłek - mówił  członek Unii Owocowej. I alarmował, że zdecydowanie trzeba ograniczyć powierzchnię nasadzeń drzew owocowych w Polsce. - Ważne jest prowadzenie udokumentowanej produkcji według wymaganych w danych krajach systemów produkcji ze szczególnym naciskiem na choroby i szkodniki kwarantannowe, w oparciu o już obowiązujące w Polsce systemy w sadach i pakowniach. Poza tym niezbędne jest dalsze penetrowanie rynków zbytu w całym świecie i promowanie polskich jabłek z wykorzystaniem programów promocji - mówił Adam Jeznach.

W kolejnej części debaty głos zabrała Izabella Makuch, wiceprezes Banku Spółdzielczego w Warce. Zapewniała ona, że producenci owoców i warzyw chętnie korzystają ze wsparcia banków spółdzielczych. - Na kondycję finansową producentów owoców i warzyw wpływ ma różnorodność, wielkość a także umiejscowienie prowadzonych gospodarstw, a przede wszystkim warunki rynkowe i atmosferyczne. Część z tych gospodarstw zostaje dotknięta bardziej zewnętrznymi czynnikami, przez co znajduje się w trudnej sytuacji. Lepiej radzą sobie takie, które korzystają z programów pomocowych. Banki w sytuacjach trudnych służą doradztwem,  wspierają poprzez udzielanie kredytów klęskowych obrotowych - mówiła podczas konferencji "Sady i ogrody na Narodowym" Izabella Makuch.

Zdaniem ekspertki SGB przed producentami, którzy chcą odnieść sukces, stoi wiele wyzwań takich jak m.in.: zmiana kierunku eksportu, nastawienie na produkcję wysokiej jakości, zmiana nasadzeń, zabezpieczenia produkcji w postaci nawadniania czy przeciwgradowych zasłon. - Jesteśmy wsparciem również dla tych celów poprzez doradztwo w wyborze finansowania określonej inwestycji - zapewniała podczas konferencji Izabella Makuch i dodaje, że polscy producenci owoców i warzyw chętnie korzystają ze wsparcia Banków Spółdzielczych.

- Banki Spółdzielcze są bardzo blisko społeczności lokalnej i sadowników i rolników, od lat wspierają prowadzone przez nich gospodarstwa. W ofercie Banków Spółdzielczych są kredyty obrotowe klęskowe, kredyty inwestycyjne, kredyty unijne zwane pomostowymi, które wspomagają realizację przedsięwzięć związanych z korzystaniem z dotacji unijnych - wyliczała Izabella Makuch.

W ramach podsumowania dyskusji szef SPT apelował, że bez dostępu do siły roboczej produkcja ogrodnicza w Polsce nie będzie się rozwijać. - Dostępność do siły roboczej jest podstawą w produkcji ogrodniczej. Specyfika naszej produkcji wiąże się z tym, że dodatkowych pracowników potrzebujemy nagle, w dużej ilości i w krótkim czasie. Ja prowadząc swoje gospodarstwo zatrudniam przez cały rok kilka osób, a w sezonie ok. 50 osób. Niestety cały czas musimy uświadamiać naszym decydentom specyfikę naszego zajęcia - mówił podczas debaty rynkowej w ramach konferencji "Sady i ogrody na Narodowym" Janusz Andziak, prezes Stowarzyszenia Plantatorów Truskawek.

Janusz Andziak pytał retorycznie podczas konferencji "Sady i ogrody na Narodowym": czy chcemy w Polsce rozwijać produkcję ogrodniczą czy chcemy ją zwijać. - Jeśli faktycznie chcemy ten rynek rozwijać, to podstawową kwestią jest dostęp do pracowników  i uproszczone procedury ich legalnego zatrudniania - dodał Janusz Andziak.

Jego zdaniem dobrym przykładem jest Wielka Brytania, gdzie jeszcze 10 lat temu niemal coś takiego jak produkcja ogrodnicza nie istniała. Ich pracownicy byli za drodzy, żeby "się bawić" w takie uprawy. Obecnie Anglicy są niemal samowystarczalni jeśli chodzi o produkcję malin, borówek czy truskawek, w tych miesiącach, w których są w stanie je wyprodukować, wówczas nie importują tych owoców. Dlaczego? Bo mają łatwo dostępną i tanią siłę roboczą. A przede wszystkim mają uproszczone i życiowe przepisy!

- Obecnie zmieniają się zasady wydawania wiz dla Ukraińców, którzy są dla nas kluczowymi pracownikami sezonowymi. Dla nas najważniejsze jest, żeby przepisy na jakich możemy legalnie zatrudniać obcokrajowców, były proste i stabilne. A zamiast tego mamy coraz więcej obowiązków związanych z wypełnianiem dokumentów, do tego stopnia, że w  większym gospodarstwie trzeba zatrudnić specjalną osobę do ich uzupełniania - mówił Janusz Andziak.

Szef Stowarzyszenia Plantatorów Truskawki wskazał również, że w rejonach sadowniczych od lat nie ma ludzi do pracy. - Przyczyny są różne: sezonowość, mało komfortowe warunki pracy w porównaniu do pracy biurowej. Brakuje u nas ludzi do prostych prac np. do sortowania jabłek - dodał szef SPT.

Jego zdaniem bez dostępu do siły roboczej i bez jasnych przepisów, które pozwolą zatrudniać obcokrajowców, rolnicy nie będą w stanie rozwijać produkcji ogrodniczej a jest to jeden z niewielu sektorów, który jeszcze jest w pełni polski i bardzo perspektywiczny.

- Dochód w gospodarstwie powinien wynikać z pracy a nie z dotacji. Jednak przez głupią politykę zabijamy etos pracy i uważam, ze przez to przez to nie będziemy mieli następców. Młodzi ludzie nie widzą dzisiaj perspektyw w produkcji ogrodniczej, sadownictwie a my powinniśmy zrobić wszystko, żeby młodzi chcieli zostawać na gospodarstwach - alarmował Janusz Andziak w czasie debaty.

Podobnie na temat skomplikowanych zasad zatrudniania obcokrajowców w Polsce wypowiedział się podczas konferencji "Sady i ogrody na Narodowym" Adam Jeznach, prezes PHU Jeznach. – Osoba z innego kraju, która otrzymuje ode mnie zaproszenie do pracy, wcale nie ma obowiązku do mnie przyjechać. A mimo wszystko za sam fakt zaproszenia takiej osoby nasze Państwo nakłada na mnie opodatkowanie i opłaty związane z zatrudnieniem pracownika. W moim odczuciu władza ogranicza egzystencję Polaków i nas - wytwarzających dobro narodowe – mówił Adam Jeznach. 

 

Na koniec debaty rynkowej pani Izabella Makuch przedstawiła prezentację firmy SGB, w której opisała specyfikę spółki i jej atuty.

- Banki Spółdzielcze Spółdzielczej Grupy Bankowej  to eksperci w dziedzinie finansowania agrobiznesu. Przemawia za nami 160 lat nieustającej pracy i wsparcia sektora AGRO. Naszym atutem jest znajomość lokalnych uwarunkowań, problemów i możliwości agro przedsiębiorców. Jesteśmy zawsze blisko rolnika niezależnie od zmieniających się warunków rynkowych, dlatego też oferta banków spółdzielczych Spółdzielczej Grupy Bankowej w zakresie finansowania agrobiznesu jest bardzo elastyczna, na bieżąco dostosowywana do zmieniających się potrzeb klientów. Decyzje kredytowe zapadają u nas bardzo szybko, przy ograniczonych do minimum formalnościach. Każdy rolnik, bez względu na wielkość gospodarstwa może zostać naszym klientem, bowiem finansujemy wszystkich rolników niezależnie od wielkości gospodarstwa, rodzaju potrzeb kredytowych, czy rodzaju prowadzonej działalności rolniczej. To, co nas wyróżnia, to również wsparcie banku dla klienta w trakcie realizacji przedsięwzięcia, indywidualne podejście do niego, czy pomoc w przypadku pojawienia się problemów, np. ze spłatą kredytu. Charakterystyczne dla banku spółdzielczego jest również to, że klient może przyjść i porozmawiać o swoim biznesie bezpośrednio z prezesem banku - mówiła Izabella Makuch.