Zbigniew Chołyk: Nie patrzę z optymizmem w sadowniczą przyszłość



Aneta Gwara-Tarczyńska/www.sadyogrody.pl - 04 września 2019 12:57


Polskie sadownictwo od momentu wprowadzenia rosyjskiego embarga znalazło się na zakręcie. Problemy ze sprzedażą jabłek i zdobywaniem nowych rynków, często niskie ceny, rosnąca konkurencja to tylko kilka problemów z którymi zmaga się branża. O to jakie są szanse na poprawę sytuacji na rynku jabłek zapytaliśmy Zbigniewa Chołyka, prezesa grupy producenckiej Stryjno Sad i konsorcjum LubApple.

- Mówiąc o przyszłości polskiego sadownictwa, to do tej pory byłem zawsze optymistą. Niestety moje poglądy w ostatnich sezonach trochę się zmieniają. Wiele czynników wpływa na to, że z optymizmem nie patrzę w sadowniczą przyszłość - mówi Zbigniew Chołyk.

Podstawowym problemem polskiego sadownictwa jest bez wątpienia utracony bezpowrotnie największy rynek zbytu - Rosja. - Niektórzy z nas łudzą się ciągle, że zniesienie embarga przez Federację Rosyjską na dostawy naszych owoców pozwolą powrócić do dawnych wysyłek w zakresie ilości i jakości. To nie jest prawda. Ten rynek w takiej skali został bezpowrotnie utracony - tłumaczy. 

Według Zbigniewa Chołyka problemem jest również nadprodukcja jabłek i innych owoców. - Jeśli od momentu wprowadzenia embarga przed pięcioma laty i utraty największego odbiorcy, nasza produkcja jabłek prawie się podwoiła, to coś  z ekonomią w sadownictwie jest nie tak. A nasze państwo i UE cały czas dotują zakładanie nowych sadów i plantacji. Jedyną regulacją produkcji są dla nas anomalia pogodowe: susze, gradobicia, wichury i powodzie. Jak można produkować i kalkulować swoje plony i zyski licząc właściwie tylko na szczęśliwy przebieg pogody, a tak szczerze, to licząc na nieszczęścia pogodowe u innych, w innych rejonach kraju czy Europy. Produkcję powinniśmy zmniejszać, a my ją stale zwiększamy i to ze szkodą dla jakości - apeluje. 

- Uważam siebie za średniego, bardzo przeciętnego sadownika, a że bywam w wielu różnych sadach i gospodarstwach, więc mam dużą skalę ocen na podstawie własnych obserwacji. Uważam, że w Polsce jest wielu znakomitych sadowników z bardzo dobrymi, nowoczesnymi gospodarstwami, produkującymi wspaniałe owoce. Niestety jest też wiele gospodarstw sadowniczych, których być nie powinno! Z przykrością twierdzę, że spora część produkuje źle, bez utrzymania jakichkolwiek norm sanitarnych, jakościowych itd. "Sadownicy" ci psują jakość owoców, jakie trafiają na rynek, a przez to opinię o całym środowisku. Ich dewizą jest: byle jak aby z zyskiem, aby zarobić. Tej "byle jakości" w ostatnim czasie przybywało więcej niż producentów robiących dobrą jakość. A najgorsze jest to, że ci najlepsi muszą w znacznym stopniu równać w dół. Dlatego obraz polskiego sadownictwa za granicą jest tak zły. Jakość uważam za największy obecnie problem sadownictwa w Polsce. Staliśmy się producentem owoców przemysłowych, a wybicie się i robienie ekstra jakości na deser rzadko się opłaca. Jest zbyt płynna, nieokreślona granica pomiędzy przemysłem a deserem - przyznaje prezes grupy Stryjno Sad. 

Zbigniew Chołyk podkreśla, że ważnym problemem polskiego sadownictwa jest również brak działań naprawczych i perspektywicznych rozwiązań dla naszego sadownictwa. - Nie chcę nikogo urazić, bo wiele pracy w rozwiązanie problemów sadowniczych, z którymi borykamy się od kilku lat, wkłada zarówno ZSRP i inne organizacje sadownicze, a także poszczególni Ministrowie Rolnictwa. Moim zdaniem niektóre działania są to działania skierowane wyłącznie na załatwienie problemów bieżących, a brak jest działań długofalowych, wieloletnich, systemowych. Bezpłatne przekazanie jabłek, które chyba przez dwa sezony funkcjonowało w celu zminimalizowania skutków rosyjskiego embarga, przyniosło tylko chwilową pomoc małej części gospodarstw - dodaje. 

- Sadownicy, którzy z tego skorzystali byli zadowoleni, ale wielu innych traciło przez to 'rozdawnictwo" swoje rynki zbytu. Mam bardzo dużo przykładów, gdzie sklepy w małych miastach w naszym regionie przestały zaopatrywać się (kupować) jabłka, bo wszędzie były rozdawane darmowe. A patrząc perspektywicznie, to te działania ani nie ograniczyły produkcji, ani nie poprawiły jakości. Widziałem jak wyglądają jabłka (z pewnością nie wszystkie) z tak zwanych darmowych dostaw. W wielu przypadkach te owoce w naszej sortowni nadawałyby się co najwyżej na suchy przemysł. A ceny, jakie uzyskiwali dostawcy tych jabłek były znacznie wyższe niż ceny za jabłka dobrej jakości kierowane na rynek w normalnym obrocie handlowym. Gdzie tu jakiś sens tych działań?  - zastanawia się nasz rozmówca. 

Według niego, kolejnym działaniem był interwencyjny skup jabłek przemysłowych w poprzednim sezonie. Wiele osób twierdzi, że dzięki temu podniosła się cena przemysłu w ogóle. Prawdopodobnie tak, ale kiedy to się działo, w listopadzie. W większości gospodarstw jabłek przemysłowych już nie było. Poza tym to rynek i prawa rynku kształtują ceny owoców.

- Teraz, po kilku miesiącach, jak jabłek jest za mało, ceny przemysłu są 2 razy wyższe od tych cen ze skupu interwencyjnego. Poza tym skup interwencyjny jabłek przeznaczonych do przetwórni i sprzedanie ich do przetwórni to jest według mnie jakieś nieporozumienie. Zniszczenie, przekazanie na pasze, do biogazowni itp. tak, ale nie do tych samych zakładów, do których i tak by trafiły. Obecnie jest już na ukończeniu ustawa o tzw. "widełkach cenowych" na owoce przemysłowe. Trochę to dziwne, że w gospodarce wolnorynkowej to rząd ustawowo zapewni nam ceny. Jestem sceptycznie nastawiony do tej ustawy. W teorii wszystko byłoby dobrze. Nie byłoby tych potwornych różnic cenowych, upokarzająco niskich cen w roku urodzaju i nieprzyzwoicie wysokich cen w roku małej podaży. Ale w praktyce może to się skończyć podobnie jak z ustawą o obowiązku umów kontraktacyjnych, która nic nie dała poza okropnym wzrostem biurokracji i tworzeniem sterty dodatkowych dokumentów wystawianych do każdej FV. Przetwórcy zawsze znajdą sposób, żeby nie kupić w minimalnej ustawowej cenie (np. jakość) podobnie jak producenci znajdą sposób na wyższe ceny niż maksymalne ustawowe w latach nieurodzaju (np. dopłaty do transportu a nawet do ekstra jakości). To jest mój prywatny pogląd i bardzo chciałbym się mylić. Na razie odbieram telefony od rolników, którzy pytają o te ceny minimalne, bo cytuję: "jakby te ceny minimalne weszły, to ja przestanę uprawiać zboże, a zaczną porzeczki". Niestety produkcja owoców zamiast się unormować może drastycznie wzrosnąć - komentuje Chołyk. 

Dodaje, że ponadto bardzo boli, to coraz większe skłócenie naszej branży. - Zamiast łączyć siły i się organizować my się kłócimy, zrzucamy winę na wszystko i na wszystkich. Obwiniamy polityków, kolejne rządy, związki, organizacje i grupy. Już 21 lat jestem szefem grupy producenckiej i nie tak wyobrażałem sobie w okresie jej tworzenia naszą przyszłość. Jeszcze trochę nadziei na lepsze czasy mam, ale już coraz mniej. Niestety - podsumował Zbigniew Chołyk.