Marcin Lis: mam żal do sieci, które nie traktują owoców z należytą starannością (wywiad)



Paulina Piwowarek, www.sadyogrody.pl - 16 lutego 2020 17:21


- Sklepy nie dbają o ekspozycję, towar jest przekładany do innych opakowań, nieświeże i niesprzedane owoce wciąż leżą na półkach, podczas gdy dawno powinny zostać z nich zdjęte, ponieważ nie nadają się do konsumpcji - mówi w rozmowie z sadyogrody.pl Marcin Lis, sadownik i przedstawiciel stowarzyszenia "Sady Grójeckie".

Europoseł PiS skierował do Komisji Europejskiej interpelację w sprawie praktyk handlowych stosowanych w sklepach sieci Biedronka. Chodzi o sprawę błędnego oznaczania kraju pochodzenia sprzedawanych tam warzyw i owoców. Czy to Pana zdaniem duży problem w branży sadowniczej?

Według mnie błędne oznakowanie owoców w sieciach handlowych zdarza się sporadycznie – częściej są to gruszki niż jabłka. Sytuacja zmienia się w przypadku warzyw – tu konsumenci o wiele częściej wprowadzani są w błąd co do kraju pochodzenia. Zdarzają się przypadki, że na etykietach widnieje kilka krajów pochodzenia, sieci nie są precyzyjne w tych informacjach.

Sytuację kontroluje i nagłaśnia ostatnio Agrounia...

Nie popieram wielu działań tej organizacji, ale w tym przypadku mają rację. Trzeba walczyć z nieuczciwymi praktykami sieci handlowych. A Agrounia uwypukla problem i nagłaśnia go w mediach. O ile strajki i palenie opon w centrum Warszawy uważam za działania nieskuteczne, to wizyty w supermarketach na pewno nie zaszkodzą producentom. Jeżeli instytucje państwowe nie są skuteczne to producenci muszą działać sami.

Jakie inne bariery zauważa Pan w relacjach handlowych z sieciami?

Mam żal do sieci, które nie traktują dostarczanych owoców i warzyw z należytą starannością. My – jako producenci – jesteśmy poddawani kontrolom i są nam narzucane wyśrubowane normy jakościowe, ale nie mamy wpływu na to, co dzieje się z towarem, kiedy dotrze on już do centrum dystrybucyjnego, a później sklepu. Zdarza się, że obsługa sklepu nie panuje nad towarem, nie dba o jego należytą ekspozycję i przechowywanie. W efekcie polskie owoce (głównie jabłka) wyglądają jak towary gorszego sortu, zwłaszcza w porównaniu z owocami z zagranicy, które są woskowane. To stwarza złudzenie, że importowane owoce to towary premium, a polskie – już niekoniecznie. Te praktyki szkodzą naszym producentom i wizerunkowi polskich owoców. Co więcej, powodują ogromne i niekiedy nieodwracalne straty wizerunkowe naszej branży.

Sadownicy często oskarżają grupy producentów o to, że wysyłają do sieci handlowych jabłka wręcz przemysłowe, kiedy tak naprawdę dostawcy nie mają wpływu na ich „życie na sklepowej półce”.

W czym tkwi problem?

Sklepy nie dbają o ekspozycję, towar jest przekładany do innych opakowań, nieświeże i niesprzedane owoce wciąż leżą na półkach, podczas gdy dawno powinny zostać z nich zdjęte, ponieważ nie nadają się do konsumpcji. Problemem może być to, że sieci handlowe nie panują nad zamówieniami i kupują więcej niż de facto może się sprzedać, albo kupują „na zapas”, ale nie przechowują tych zapasów wedle sztuki.

Potrzebna jest kontrola odpowiednich instytucji tego co się dzieje na półkach sklepowych aby polski konsument mógł się przekonać, że nie tylko zagraniczne owoce lub warzywa są najwyższej jakości. Przecież dobrze wiemy, że nie mamy czego się wstydzić. Ze względu na duże niezorganizowanie naszej branży potrzebna jest pomoc Państwa na tym polu, głównie organizacyjna.

Czy te kontrole powinny być zaostrzone także w przypadku produktów z zagranicy?

Polscy producenci mają czasem błędne przekonania, że produkują najlepsze owoce, a z zagranicy importujemy te, które nie przechodzą tam kontroli. To bzdura. Tak samo jak my możemy eksportować po zachowaniu norm, tak i inni. Patriotyzm gospodarczy często mylony jest z protekcjonizmem, którego nie chcemy. Nie obronimy naszego rynku czarnym PR-em, ale najlepszą jakością polskich owoców i warzyw. To szczególnie widać w przypadku rynku czeskiego, gdzie każdy przypadek polskich owoców z przekroczonymi normami pozostałości środków ochrony roślin jest szeroko nagłośniany. Takie indywidualne przypadki szkodzą wszystkim producentom, całemu sadownictwu polskiemu. Dlatego PIORiN powinien wziąć sprawę w swoje ręce i karać nieuczciwych  producentów. Tylko porządek nas uratuje!

Czy tylko kwestia „porządku” jest istotna w rozwoju nowoczesnego sadownictwa?

Patrzymy jak Zachód wyprzedza nas  odmianami klubowymi i brandami owoców. A polscy sadownicy, szefowie grup nie potrafią ze sobą usiąść i porozmawiać – wdrożyć wspólnej strategii rozwoju.

Musimy zrobić krok milowy i wyprzedzać to co dzieje się na rynkach zagranicznych, bo czarnym scenariuszem już całkiem niedługo może być gwałtowny wzrost ilości ukraińskich owoców w polskich sklepach. Tam sadownictwo naprawdę szybko się rozwija, a producenci przestrzegają norm zagranicznych odbiorców i wchodzą na coraz to nowe rynki.

Dziękuję za rozmowę.