Nad grupami producentów zebrały się czarne chmury? - relacja debaty (galeria zdjęć)



Aneta Gwara/www.sadyogrody.pl - 02 stycznia 2017 13:12


Podczas II edycji konferencji „Sady i Ogrody” w czasie debaty finansowej dotyczącej grup producenckich eksperci dokonali analizy sytuacji w jakich znajdują się grupy i przedstawili propozycje jej poprawy. Zapraszamy do przeczytania całej relacji!

Na początku debaty Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw zdiagnozował, że obecnie mamy kryzys członkostwa i trudności wynikające z tego kryzysu, ale również z tego w jakim momencie grupy się znajdują. Zakończyły one inwestowanie, skończyła się pomoc i zaczynają funkcjonować na rynku jak każdy inny pomiot, mając do spłacenia kredyty zaciągnięte na pokrycie udziału własnego w inwestycjach.

Według niego, przy braku dyscypliny członków problemy te się tylko pogłębiają. Ponadto zła sytuacja sytuacja wizerunkowa nie działa na korzyść grup. - Źle o grupach mówią członkowie, część mediów, jak i polityków. Ogólnie zła opinia z tą rzeczywistą, czasami nie najlepszą sytuacją powoduje nerwowe reakcje banków. Suma tych złych zdarzeń faktycznie napędza „czarne chmury” nad grupy producenckie – mówił Boguta.

Prezes KZGPOiW przyznał, że grupy jako organizacje branżowe starają się szukać dróg i możliwości współpracy, żeby rozwiązywać problemy. - One nie powstały ani po zmianie władzy, ani nawet z powodu embarga. Problemy często mają swój początek znacznie wcześniej. Trzeba przyznać, że rządzący niekoniecznie chcą pochylić się nad naszymi problemami. Z trudem przychodzi wywalczyć podstawowe rzeczy, takie jak chociażby kto może być nowym członkiem uznanej organizacji producentów, bo przepisy mówią, że ma być to producent. Jeszcze kilka tygodni temu wmawiano nam, że ma to być producent historyczny czyli ojciec nie może przekazać synowi gospodarstwa, a ten niejako z marszu przystąpić do organizacji. Całe szczęście udało się te przepisy ucywilizować, jednak nie powinno tak być, że 3 lata walczy się o taką "głupotę" – podsumował Witold Boguta.  

Zrzeszanie się złotym środkiem?

Następnie Michał Lachowicz, prezes konsorcjum Appolonia odniósł się do trudnej sytuacji w sadownictwie. Według niego, to właśnie teraz rozgrywa się przyszłość polskiego sadownictwa. Niezależnie od tego, jak będziemy działać, to na lata zostanie to co robimy teraz. Żyjemy w czasie rewolucji, kolejnej, ale mam wrażenie, że ostatniej. Ostatniej, ale najważniejszej - dlatego jeżeli teraz nie usiądziemy, nie zaczniemy rozmawiać i myśleć nad tym jak ułożyć rynek zarówno polski, europejski, jak i wschodni to niestety przegramy. Przegramy ponieważ nasz sukces ściągnął oczy kapitału zagranicznego. Jeżeli sami się nie poukładamy to nas się poukłada – mówił.

Dodał, że organizowanie się nie jest receptą na nowe rynki zbytu. - Z jeden strony podstawową kwestią dla nas jest to, że organizacja rynku to nie jest problem dalekich wysyłek, bo mamy ‘groch z kapustą’ tu na miejscu. To jest podstawa problemów grup producenckich. W przypadku wysyłek na dalekie rynki grupy potrafią ze sobą współpracować. Jednak walka o dotychczasowego klienta zaczyna się na miejscu i wiedzmy jedno, że na dalekie rynki nigdy nie sprzedamy większości swoich owoców. Nawet jeżeli byśmy podciągnęli jakość do nie wiadomo jakich poziomów to te rynki jak były dalekie tak nadal będą – przyznał.

Według niego, organizacja nie jest panaceum na bolączki grup producenckich. - Rzeczywiście jest to wartość dodana, jednak trzeba mieć zbyt na dany produkt. Obecnie mamy problem z jabłkami i zaczynamy mieć problem z postrzeganiem wartości jabłka - mówił Michał Lachowicz.

- Obecnie zrzeszanie się i rozmowy powinny nam pomóc na rodzimym rynku. To na miejscu mamy być szanowani jako producenci. To właśnie jabłka są produktem, który nas wyróżnia. Nasza produkcja wynosi obecnie 40 proc. produkcji unijnej. Realnie wpływamy na rynek unijny i problem Polski jest problemem całej Unii Europejskiej. W żadnym innym produkcie nie mamy takiego wpływu na rynek unijny, nie mamy nawet takiego wpływu na rynek światowy. Tak naprawdę po naszej stronie jest piłeczka i jak sobie teraz poradzimy to taką przyszłość będą miały nasze dzieci i wnuki – posumował prezes Appolonii. 

Dominika Kozarzewska, prezes grupy Polskie Jagody również przyznała, że zrzeszanie się nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów. Konsolidowanie się ma sens wtedy, kiedy biorą w nim udział podmioty silne, które mają długoterminową wizję rozwoju, swojej obecności na tym rynku i są w stanie zapewnić najwyższą jakość produktów. Według niej, tak jest na rynku borówek.

- Rynek borówki znacznie różni się od rynku jabłek. Można powiedzieć, że jest łatwiejszy, ponieważ jest "płytszy", a wolumeny w skali światowej są znacznie mniejsze. Zarówno borówka jako owoc, jak i sama Polska, odniosła już sukces na tym rynku. Wydawałoby się, że jako plantatorzy działamy w bardzo luksusowych warunkach, jednak w tej chwili ważne jest, żeby za kilka lat nie znaleźć się w takim miejscu jak jabłka – tłumaczyła.

Pryznała, że Polish Berry Cooperative to połączenie trzech grup, które już odnosiły sukcesy i sprzedawały swoje produkty na bardzo wymagające rynki. - Producenci borówki już dawno podjęli decyzję o tym, że jakość musi być tylko najlepsza, a tylko najlepsze jest wystarczające dobre. Ponadto chcieliśmy swoją ofertę kierować na najbardziej wymagające rynki na świecie i robimy to z sukcesami – w przypadku borówki – od lat – mówiła Kozarzewska.

Według niej, trzeba zastanowić się jak tego nie zepsuć. - Wydaje mi się, że przed borówką jest jeszcze wiele lat dobrej passy, jednak zależy to w dużej mierze od tego, czy będziemy konsolidować ten rynek i zrzeszać się. Bardzo łatwo zepsuć renomę polskich borówek, która w tej chwili jest doskonała – dodała.

Polish Berry Cooperative ma za sobą jeden sezon wspólnej sprzedaży prowadzonej przez trzy grupy. - Póki co jest za wcześnie żeby powiedzieć, czy cele konsolidacji zostały osiągnięte tym bardziej, że określamy je co najmniej w trzech kategoriach. Cele krótkoterminowe zrealizowaliśmy. Dzięki współpracy - w tym słabym pod względem wysokości plonów w sezonie - udało nam się zrealizować wszystkie kontrakty więc jest to sukces. Borówki sprzedajemy do ponad 20 krajów na czterech kontynentach. W tym roku do grona naszych odbiorców dołączył jeszcze Hongkong – tłumaczyła prezes Polskie Jagody.

Według niej, problemy grup producentów wynikają z brakiem komunikowania członkom celów długoterminowych, dla których grupy są powołane. Żeby uzmysłowić, że czasami warto sprzedać teraz za 10 groszy mniej po to, żeby za 10 lat być na nowych rynkach. Jeżeli komuś zależy na paru groszach więcej jutro niż na tym, żeby w ogóle na rynku istnieć na 15 lat to taka współpraca nie ma najmniejszego sensu – podsumowała Dominika Kozarzewska. 

Dalsza konsolidacja 

Koszty, które mocno odczuwamy w tym sezonie dotyczą natężonych kontroli z różnych instytucji – przyznał Paweł Pączka, prezes grupy Galster. Nie było takiej sytuacji wcześniej. Zdarza się, że dziennie przeprowadzane są nawet dwie kontrole. W szczycie sezonu pracy, gdzie mamy zajmować się terminowym zbiorem, przyjmowaniem i realizowaniem zamówień, zarząd zajmuje się obsługą kontroli.

- W ostatnim czasie zauważyć można również skokowy wzrost kosztów. Nie dziwi mnie, że grupa producentów ma znacznie większe koszty niż producent – jestem tego świadomy – jednak ten rok pokazał skokowy wzrost robocizny czy całej infrastruktury. (...) Dochodzimy do pewnej granicy, gdzie nie wiem co będzie dalej, jak będą wyglądać kolejne lata. W tym momencie, w którym się znajdujemy, naszą odpowiedzią na problemy jest pozyskiwanie klientów na bardzo wysokiej jakości owoc, którzy lepiej płacą – tłumaczył.

Dodał, że grupa Galster realizuje takie zamówienia, natomiast dużym problemem jest to, że ilość jabłek, która odpowiada oczekiwanym standardom jest niewystarczająca. - Jeżeli nawet realizujemy zamówienia, gdzie sadownik otrzymuje 1,5-1,6 zł/kg a z danej partii, 30-50 proc. jabłek jest poza klasą i z pozostałą częścią coś trzeba zrobić. Jeżeli odrzucimy tą połowę jabłek na przemysł (z partii, która wyglądała na handlową) to średnia cena dla producenta jest niezadowalająca – przyznał

- Grupa Galster jest otwarta na konsolidację. Już kilka lat temu przystąpiliśmy do stowarzyszenia Cuiavia, ponad rok temu do największego konsorcjum Appolonia. Uważam, że zrzeszanie się jest jak bardziej słuszną drogą. Jesteśmy otwarci do aktywnego uczestnictwa w procesie konsolidacji i chcemy jednocześnie dzielić się na forum swoimi doświadczeniami – podsumował Pączka.  

Janusz Stasiak prezes grupy San Export Group, mówił że jego grupa jest namiastką być może przyszłej struktury holdingowej. - Jesteśmy spółką złożoną z 5 grup producentów owoców. Naszym głównym produktem są jabłka ale mamy ofercie również inne owoce. Nie mamy w grupie producentów warzyw, chociaż współpracujemy z innymi grupami, które oferują warzywa. San Export Group jest gotowy na dalszą konsolidację w każdym wymiarze sektora owocowo-warzywnego. W naszej strukturze jest około 300 sadowników z potencjałem produkcyjnym około 50 tys. ton. Jednak niestety nie zwiększa się liczba członków grup – przyznał.

Według niego brak zainteresowania zrzeszania się często nie wynika z niechęci rolników do organizowania, lecz ze strategii poszczególnych grup. - Po tylu latach działalności w tym sektorze coraz mniej wiadomo. W sytuacji biedy ludzie myślą w bardzo prosty sposób. W sytuacji, w której się znajdujemy, przynależność do grupy może wydawać się mało atrakcyjna. Duże grupy, z największych potencjałem o chłodniach pojemności 17 tys. ton, z odpowiednim zapleczem sortowniczo-pakującym, fabryką soków NFC mają największe problemy. Kłopoty wynikają głównie z przeinwestowania, ale także z tego, że często koszty funkcjonowania bieżącego (np. podatek od nieruchomości wynoszący 500 tys. albo 1 mln złotych przy tej rentowności sprzedaży) są w stanie rozłożyć każdy tego typu biznes – tłumaczył Stasiak.

- Prawdą jest, że kapitał zagraniczny bacznie się nam przygląda. Nie chciałbym, żeby było tak, że najfajniejsze obiekty, najbardziej doinwestowane będą do kupienia za 1/4 wartości np. przez syndyków poprzez proces upadłości. Wypadałoby coś zrobić, żeby zachować te podmioty. Jednak żeby coś zrobić – według mnie – trzeba wyjść poza schemat i typowe myślenie. Takim rozwiązaniem mógłby być Państwowy Fundusz Inwestycyjny, który by dokapitalizował grupy z problemami a oprócz tego np. fundusz pożyczkowy, który pożyczałby pieniądze innym rolnikom nie będącym na razie członkami grupy na objęcie udziałów. Jestem pewien, że takie działanie po kilku latach odniosłoby oczekiwany skutek. Według mnie jest to logiczny i całkowicie możliwy – w przypadku środków krajowych – scenariusz, który by zapobiegł przejęciu najlepszych obiektów przez inwestorów – mówił prezes San Export Group.

W drugiej części debaty został poruszony temat wyzwań, jakie stoją przed grupami producentów owoców i warzyw.

Michał Lachowicz stwierdził, że część grup i organizacji producentów była tworzona w sposób nieprzemyślany - była pewna osoba czy grupa osób, która wokół siebie zainteresowała producentów i szybko zorganizowała grupę producentów.

La-Sad jest grupą złożoną w sposób przyjacielsko-sąsiedzko-rodzinny. - Od samego początku podeszliśmy do grupy w sposób uczciwy. Na walnym zgromadzeniu, członkowie zapytali „powiedz, uczciwie jak nasza grupa stoi i jeśli poprzez decyzję administracyjną musiałaby zakończyć swoje działanie to czy coś ryzykujemy?”. To wyraźnie pokazuje, że w zdrowo prowadzonych grupach chore działania powodują zachwianie zaufania nawet w bliskim gronie. Ci ludzie, mnie jako producenta jabłek znają całe życie i dlatego mieli śmiałość zadać mi to pytanie. W momencie kiedy byłoby inaczej zastanawialiby się w domach czy jest sens do takiej grupy należeć - mówił.

- Skoro tyle się dzieje złego wokół grup to na dzień dzisiejszy nikt nie patrzy 'jaka grupa' tylko 'czy grupa'. Niestety jest to paranoja naszego sektora. Nagonka i strach powodują głupie decyzje. Brak rozwoju też jest spowodowany tym, że można dołączyć do grupy czy organizacji, której przyszłości się nie znam, bo nawet jeśli dobrze sobie radzi ekonomicznie to i tak jedną decyzją administracyjną można zakończyć działanie grupy. Takie decyzje wiszą w powietrzu i nikt nie wie w którym miejscu, jakim momencie i względem kogo się ich spodziewać – tłumaczył Lachowicz.

Nagonka wobec grup

Paweł Pączka, prezes grupy Galster wtrącił, że czasami się zastanawia czy słowo nagonka to odpowiednie słowo. - Forma w jakiej przedstawia się grupy producenckie rzutuje na całą naszą branże. Właśnie dlatego źle zaczyna się kojarzyć grupa – podkreślił.

- Jeśli chodzi o lojalność sadownika w stosunku do grupy, jak i na odwrót zależy to tylko od ludzi. Jednak warto zastanowić się, czy przystąpienie dla sadownika do grupy jest wartością. Podstawową wartością będzie to, że ma stabilną sprzedaż po cenach rynkowych. Pojawia się pytanie, czy dla tego sadownika to jest wartość. Dla niektórych tak, jednak – w mojej opinii – przeciętnie to nie jest wartość, ponieważ jak nie sprzeda do tej grupy, to do innej – przecież zawsze sprzedawał – mówił.

- Pojawia się jednak pytanie, czy w każdym momencie grupa da lepszą ofertę niż przeciętnie rynek. Przestajemy walczyć o niektórych producentów, jednak o tych dobrych sadowników na pewno walczymy i staramy się współpracować jak najbliżej. Wprowadzamy wieloletni program, który w przyszłości pozwoli sprzedawać nam jabłka do Niemiec. Jest grupa osób, która nam zaufała - nic z tego dzisiaj nie mają - jednak jest potencjał do tego, że w przyszłości będzie nam łatwiej  – podsumował Paweł Pączka.

Dominika Kozarzewska, przedstawiła cele grupy Polskie Jagody. - Podjęliśmy działania w celu umożliwienia eksportu polskich borówek do Chin. Jednak nie jest to dla nas strategiczny rynek. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, rozpoczęliśmy wiele projektów, które mają przybliżyć nas do realizacji naszych celów średnioterminowych. Jest to przede wszystkim wzmocnienie pozycji lidera – którą obecnie posiadamy - na rynku borówkowym, sprostanie wymaganiom, które stawia przed nami rynek pracy i dalsza konsolidacja wokół standardów jakościowych, które wypracowaliśmy jako zrzeszenie – tłumaczyła.

- Naszym celem nie jest produkowanie dużo, natomiast produkowanie dobrych jakościowo owoców, które będzie można umieścić na najbardziej wymagających rynkach światowych – podkreśliła Dominika Kozarzewska.

Polish Berry Cooperative posiada trzy marki pod którymi sprzedaje borówki na rynkach południowoazjatyckich, oraz dwie marki na krajowy rynek. - Poprzez branding możemy realizować nasze cele długoterminowe, wpływać na rynek, stawać się coraz bardziej znaczącym podmiotem. Jednak nie jestem przekonana, czy dobrym rozwiązaniem byłoby żeby każde zrzeszenie miało własną markę. Opracowanie marki to bardzo duża inwestycja, a marka bez treści i wizji to tylko etykieta, na którą nie warto wydawać tyle pieniędzy. Marka wymaga inwestowania – nie tylko związanego z wprowadzeniem jej na rynek ale także opracowania, wykonania. Trzeba również podkreślić, że nie każdy produkt może być wprowadzony na rynek jako produkt markowy – mówiła.

Rosja głównym rynkiem

Do sytuacji na rynku owoców i warzyw odniósł się Janusz Stasiak. - Dzisiaj radzimy sobie tak jak wszyscy. Chociaż poziom cen, a właściwe poziom marż jest jaki jest. Trzeba podkreślić, że 5 groszy zarobku w obecnej sytuacji rynkowej jest to dużo. Tak samo jest w przypadku grup. Jeżeli grupa chce swojemu członkowi zapłacić godnie – załóżmy sprzedaje dzisiaj idareda czy jonagoreda za 1,1 zł/kg zapakowanego w karton, z narożnikami, obandowanego 7 albo 9 razy – przy pokryciu kosztów sortowania i pakowania to jest w stanie zapłacić sadownikowi około 0,70 zł/kg albo nawet mniej.

- Generalnie utrata rynku rosyjskiego była czymś niespotykanym w jakiejkolwiek innej branży oprócz sadowniczej. Przez rok byliśmy światowym eksporterem jabłek, a teraz po ostatnim sezonie uplasowaliśmy się na 5 może 6 miejscu. Utrata rynku rosyjskiego przełożyła się na poziom cen i marż uzyskiwanych przez wszystkich uczestników łańcucha z rolnikiem na czele – tłumaczył.

Stasiak tłumaczył, że Rosja była głównym rynkiem. - Dla nas rynkiem pomocniczym przed sezonem 2013/2014 była Ukraina. Tak jak wszyscy staramy się radzić sobie najlepiej na rynkach europejskich. Spoglądamy coraz bardziej w kierunku Wschodnim, na Wietnam, Singapur, Indie czy Iran – chociaż z tego co wiem Iran ma swój program budowy sadownictwa. Podobnie jak Ukraina. Gościliśmy w ostatnim czasie dużą grupę ukraińskich urzędników, którzy w ramach obecnej polityki dzierżawią ziemię. Wszyscy chcą zakładać sady, chcą żeby im doradzać a nasi eksperci z ODR-ów jeżdżą tam i uczą. Nie mówiąc o polskich szkółkarzach, którzy sprzedają tam ogromne ilości naszych drzewek. Sami sobie budujemy konkurencję – podsumował Janusz Stasiak.

Paweł Pączka dodał, że potrzebujemy w branży przewidywalności takiej która pozwoli nam produkować, sprzedawać i zawierać kontrakty. - Cały czas zauważyć można swego rodzaju granie na cenę, na jakąś wyjątkową sytuację gdzie każdy chce sprzedać jak najlepiej. Myślę, że powinniśmy trochę o tym zapomnieć i sprzedawać wtedy kiedy jest klient. Początek tego sezonu oceniam dosyć dobrze, ponieważ jest towar i klient. Dzisiaj najgorsze co możemy zrobić to wstrzymać sprzedaż tak jak było w zeszłym roku. Początek sezonu został zmarnowany. Obecny sezon nie jest zmarnowany, jednak może to się jeszcze zdarzyć. Nieco wzrosły ceny, jednak nie nastawiajmy się że zaraz będą dwukrotnie wyższe - skomentował.

Czarne chmury nad grupami

Na koniec debaty Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw dokonał podsumowanie wszystkich rozważań. Nad grupami producentów owoców i warzyw zawisły czarne chmury. Natomiast nie znaczy to, że grupy znikną. Duża część z nich są to grupy dobrze zarządzane, a członkowie dobrze realizują swoje obowiązki. Zawsze – kiedy coś się dzieje – robiona jest afera wokół pojedynczych, spraw. Niestety jest rzeczą normalną, że ludzie robią przekręty z publicznych pieniędzy co również zdarza się w przypadku grup producenckich.

- Mówimy ministrom, żeby oddzielić ziarno od plew, a ziarnu pozwolić rosnąć. Dzisiaj za mało uwagi przywiązuje się do stworzenia warunków do tego, żeby to ziarno rosło. Grupy są młodymi firmami, które po okresie intensywnego inwestowania powinny być jeszcze pod inkubatorem przez jakiś czas. Tymczasem grupy bardzo brutalnie zderzyły się z sytuacją rynkową, kredytami. Żeby cena za produkty była taka, jak była kiedy zaciągano kredyty, to dzisiaj zdecydowana większość z nich nie miałyby problemów. Niestety ceny i realia rynkowe są zupełnie inne – tłumaczył.

Według niego, jest bardzo dużo do zrobienia w przypadku grup producenckich. - Pierwsze grupy, które powstawały z dofinansowaniem mają 10 lat – to bardzo młody wiek. Biorąc pod uwagę fazy życia organizacji to grupy są w bardzo trudnej fazie. Jeżeli teraz będziemy zabiegać o to, żeby pomóc ale nie miliardami złotych tylko dobrym słowem i drobnymi kwotami to można wyprowadzić je na prostą. Determinacja środowiska z całą pewnością będzie i mam nadzieję, że przyjdzie czas kiedy władza podejmie działania. Z naszych prywatnych rozmów wynika, że czas ten jest bliżej niż dalej – mówił Boguta.

- Chciałbym, żeby nasze ogrodnictwo było docelowo zorganizowane jak w innych krajach. Jeżeli mówimy o rozwoju to wspólna organizacja rynku owoców i warzyw jest tak ustawiona w UE od wielu lat i tak się zapowiada na następny okres budżetowy (po 2020), że organizacje producentów będą tymi podmiotami w rynku owoców i warzyw, które będą mogły korzystać z pomocy. Jest to wizja długoterminowa – podsumował prezes KZGPOiW.

Tegoroczna edycja konferencji Farmera „Narodowe wyzwania w rolnictwie na Narodowym” zgromadziła ponad 1000 zainteresowanych tematami rolniczymi słuchaczy, w konferencji „Sady i Ogrody na Narodowym” uczestniczyło ponad 200 osób, w jubileuszowej gali udział wzięło ponad 250 gości. Konferencja odbyła się 22 listopada na stadionie narodowym w Warszawie.