Stare odmiany jabłoni - czy nostalgia jest uzasadniona?

Autor: Albert Katana; www.sadyogrody.pl 12 kwietnia 2018 11:21

Stare odmiany jabłoni - czy nostalgia jest uzasadniona? fot. shutterstock

- Dawniej sad pełnił różne role - rozmowa z Jarosławem Pajkowskim, członkiem Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Dolnej Wisły, instytucji zajmującej się m.in. ochroną starych odmian drzew owocowych.

Dlaczego Towarzystwo Przyjaciół Dolnej Wisły zajmuje się starymi odmianami drzew owocowych?

Cała przygoda zaczęła się w połowie lat 90. Wówczas jako Zespół Nadwiślańskich Parków Krajobrazowych udało nam się wykupić na rzecz Skarbu Państwa stary dom podcieniowy, z około 3 hektarami ziemi. Pojawił się dylemat, co z tą ziemią zrobić. Zapadła decyzja, że na hektarze założymy tam sad starych odmian drzew owocowych, które niegdyś powszechnie rosły na skarpach wiślanych. Przez dolinę dolnej Wisły rozumiemy teren od przełomu w Fordonie do Nogatu. Początkowo sądziliśmy, że odmian jabłoni będzie 20-30 i trochę grusz; teraz, po 20 latach wiemy, że odmian jabłoni jest mocno ponad 100, ok. 50 grusz, jeśli dołożymy jeszcze wiśnie i czereśnie, to starych odmian drzew owocowych będzie spokojnie 200-250.

Ta historia zaczęła się przez przypadek?

Sady na skarpach wiślanych są elementem krajobrazu kulturowego. Na skarpach, nie w dolinach, gdzie były lepsze gleby: uprawa płużna zawsze była bardziej konkurencyjna dla sadów. Ale tam, gdzie były piachy, były sady. Uznaliśmy, że skoro mamy chronić dziedzictwo przyrodniczo-kulturowe, to stare odmiany drzew owocowych jak najbardziej wpisują się w nasze zadania.

Oczywiście w państwa gronie byli doświadczeni sadownicy…

Nie było właśnie (śmiech). Było to trochę „na partyzanta”, więc bardzo mocno pomagali nam specjaliści – m.in. pani Marta Dziubiak z Ogrodu Botanicznego w Powsinie i pan Grzegorz Hodun z ówczesnego Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach.

Skąd braliście sadzonki?

Chodziliśmy po starych sadach, oznaczaliśmy je na podstawie owoców i zimą pobieraliśmy zrazy, oczka. Założyliśmy własną szkółkę: sadziliśmy podkładki, drzewka były oczkowane i rozmnażane. Przez pierwszych kilka lat mieliśmy produkcję na poziomie 500-1000 drzewek. Na początku je rozdawaliśmy, ale jakoś tak wychodziło, że te rozdawane słabo się przyjmowały – a to gęsi je obskubały, a to pies zniszczył… (śmiech). Po kilku takich latach stwierdziliśmy, że nic tak nie demoralizuje jak darmowe rozdawanie, więc wprowadziliśmy pewne elementy jako rekompensatę wytworzenia.

Z tego co pan mówi wynika, że jeszcze w połowie lat 90. stare sady były?

Były. W okresie międzywojennym w okolicach Bydgoszczy, Gniewu było ponad 2000 sadów przydomowych – dużo, natomiast do dzisiaj zachowało się w dość dobrej kondycji 200-300 takich sadów.

Co rozumiemy przez „sady przydomowe”?

Przynajmniej 10-12 drzew owocujących przynajmniej 3-4 odmian. Nie, że ktoś ma 50 papierówek. W myśl definicji sadu tradycyjnego z PROW. Ta definicja zresztą rodziła się u nas.

A właściciele sadów wielkotowarowych twierdzą, że sady przydomowe to najgorsza rzecz jaka dzieje się w polskim sadownictwie. Psują rynek, wprowadzają owoce z pozostałościami środków chemicznych…

Mają prawo. Z ich punktu widzenia jest to psucie rynku, bo oni chcą produkować dużo, tanio, niekoniecznie smacznie. Proszę się jednak spytać żony, z jakich jabłek woli zrobić szarlotkę – z tych „nowoczesnych”, czy np. z szarej renety.

A powiem panu, że jabłka starych odmian potrafią być smaczne nawet przez dwa tygodnie przechowywania w domu, nie w lodówce. Jabłka ze sklepu po takim okresie to wata.

Tak czy siak, sady starych odmian są dziś skansenem przyrodniczym…

WIĘCEJ NA TEMAT

OWOCE

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

NEWSLETTER

ZNAJDŹ NAS NA GOOGLE+

POLECAMY CZASOPISMA

WYSZUKIWARKI

KALENDARIUM