Sadownik spod Warki: Nie znajdziemy drugiego takiego rynku jak Rosja (zdjęcia)

Autor: www.sadyogrody.pl 07 maja 2015 09:27

Polscy sadownicy powinni zakończyć polsko-polską konkurencję oraz produkować jabłka najwyższej jakości. Niestety produkcja sadownicza jest trudna, a przed nami są coraz to nowe wyzwania. Ten "wyścig szczurów" wygrają tylko najbardziej zdeterminowani - mówi serwisowi www.sadyogrody.pl, Jerzy Gwara, sadownik z Dębnowoli k. Warki.

- Miałem różne pomysły na życie. Jako młody chłopak chciałem być mechanikiem. Decyzję o założeniu gospodarstwa sadowniczego pomogli mi podjąć rodzice. Dzisiaj, po ponad 30 latach, jej nie żałuję. Nie wyobrażam sobie robić w życiu nic innego - mówi Jerzy Gwara.

Jerzy Gwara założył swoje własne gospodarstwo sadownicze mając 21 lat. Z czasem areał upraw powiększał się i zmieniał. Kiedyś produkował wiśnie, czereśnie, śliwki, a przez kilka lat nawet kapustę pekińską. Dzisiaj są to tylko grusze i jabłka. Dlaczego?

- Wyspecjalizowałem się w uprawie gruszy i jabłoni. Patrząc z perspektywy czasu właśnie to mi wychodzi najlepiej. Po co produkować wszystko, jak można dwa gatunki, ale za to z powodzeniem? - przyznaje sadownik.

Na powierzchni 10 ha, które zajmuje sad jabłoniowy, uprawiana jest Gala, Golden, Jonagold, Ligol, Szampion oraz trochę Idareda. Jeśli chodzi o grusze jest to głównie Konferencja oraz niewielki areał Kseni.

Sadownik planuje jeszcze wiele inwestycji, jednak priorytetem jest rozbudowa bazy przechowalniczej. Areał upraw w gospodarstwie powiększa się, a i plonów jest coraz więcej. Młody sad będzie z roku na rok obradzał w większe ilości owoców. Jak twierdzi, bez dobrej chłodni nie ma szans na opłacalną produkcję. Jakość buduje się w sadzie, jednak trzeba umieć ją podtrzymać aż do momentu sprzedaży.

Jerzy Gwara jest członkiem jednej z grup producenckich. Jak twierdzi przynależność do grupy jest bardzo korzystna.

- Kiedyś kupiec sam przyjeżdżał po towar na miejsce. Dziś też się to zdarza, jednak w mniejszym stopniu. Nie jesteśmy w stanie na własną rękę szukać rynków zbytu - twierdzi sadownik.

Pomimo wprowadzenia embarga przez Rosję sadownik spod Warki zdecydował się zaryzykować i przetrzymać plony aż do wiosny. Była to bardzo ryzykowna decyzja, jednak - jak twierdzi - miał niewiele do stracenia.

- Dzisiaj cena jabłek jest zadowalająca, jednak ta sytuacja może podzielić sadowników. Ci, którzy zdecydowali się na przetrzymanie jabłek będą mieli większe środki na ochronę sadu przed szkodnikami, będą inwestowali. Sadownicy, którzy sprzedali swoje plony zaraz po wprowadzeniu embarga za cenę 0,40 zł/kg, nie będą mieli takiej możliwości - komentuje Jerzy Gwara.

- Wycofanie jabłek z rynku na pewno w dużej mierze poprawiło koniunkturę, jednak z pewnością zdestabilizowało rynek wewnętrzny. Takie działania miałyby sens, gdyby ten produkt poszedł na rynki zewnętrze, bądź został zutylizowany - dodał właściciel gospodarstwa spod Warki.

Według sadownika, w sytuacji kiedy rynek rosyjski będzie dla nas nieosiągalny, to produkcja sadownicza może się w Polsce załamać. - Z taką ilością jabłek, które produkujemy nie jesteśmy w stanie poradzić sobie bez tego rynku. W najbardziej optymistycznych prognozach możemy zagospodarować na rynki zewnętrzne tylko połowę tego, co sprzedawaliśmy do Rosji - dodaje Jerzy Gwara.

W takim razie, czy istnieje złoty środek na pokonanie skutków embarga?

- Niestety, nie ma takiego. Jest tylko rozsądek. Jeśli w dalszym ciągu embargo się utrzyma będzie to bardzo niekorzystne dla sadowników. To my ponosimy największe koszty takich zagrywek politycznych. To my najwięcej na tym stracimy. Bez rynku rosyjskiego nie będziemy liderem w produkcji sadowniczej, ponieważ trzeba będzie ją ograniczyć, a pozostaną tylko najbardziej elastyczni sadownicy, którzy będą w stanie sprostać wymaganiom rynków trzecich – mówi.

WIĘCEJ NA TEMAT

OWOCE

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

NEWSLETTER

ZNAJDŹ NAS NA GOOGLE+

POLECAMY CZASOPISMA

WYSZUKIWARKI