Prezes Fruit-Group: W kryzysie prędzej poradzi sobie dwuzawodowiec niż duże, doinwestowane gospodarstwo (wywiad)



Aneta Gwara-Tarczyńska/www.sadyogrody.pl - 25 marca 2019 13:58


Czasami wydaje mi się, że w obecnej sytuacji łatwiej będzie miał dwuzawodowiec, który prowadzi małe gospodarstwo o powierzchni kilku hektarów i dodatkowo pracuje. Wydaje mi się, że tacy prędzej sobie poradzą niż 20-30 hektarowe doinwestowane gospodarstwa, które mają kredyty i olbrzymie koszty - mówi w rozmowie z serwisem www.sadyogrody.pl Janusz Kawęczyński, prezes grupy Fruit-Group z Dąbrówki Starej k. Błędowa.

Czy ten sezon sadownicy mogą uznać za stracony?

Handel w tym roku jest bardzo słaby. Z reguły jest tak, że jak jabłka są tanie to jest niechciane. Wszędzie jest go pełno dlatego, żeby sprzedać  musi być bardzo ładne. Natomiast jak jabłka są drogie to często traktowane są z przymrużeniem oka.

W tym sezonie jest problem z Idaredem, ponieważ jego sprzedaż jest na bardzo niskim poziomie. W tym wypadku ewidentnie widać brak rosyjskiego rynku. Duża część jabłek tej odmiany jest kierowana do przetwórstwa.

Jest szansa na sprzedaż wszystkich jabłek w tym sezonie?

Nie pamiętam roku, żeby jabłka się nie sprzedały tylko pojawia się kwestia, za ile? Cena już jest bardzo niska i jaka musiałaby być, żeby sprzedać wszystko? Już teraz stawki za jabłka nie rekompensują kosztów, a o zyskach nawet nie ma co mówić. Za te pieniądze nowego sadu nikt nie założy.

Skup interwencyjny prowadzony przez spółkę Eskimos – Pana zdaniem – pomógł ustabilizować rynek jabłek przemysłowych?

Nie wprowadziłem naszej firmy w ten mechanizm, ponieważ od początku w niego nie wierzyłem. Teraz widzę, że podjąłem dobrą decyzję. Nie dawałem wielkich szans temu projektowi. Moim zdaniem było to trochę ryzykowane i po części jest to porażka przedstawicieli ministerstwa rolnictwa. Polityka i biznes nie chodzą w parze . Chyba sami nie tak sobie to wyobrażali.

Moim zdaniem powinny pojawić się środki, żeby wspierać dobrych producentów oraz eksport na dalekie rynki. Trzeba przyznać, że rozwarstwienie między producentami jabłek jest odczuwalne i  będzie odczuwalne coraz bardziej przez kolejne lata. Ja postawiłbym na dobrych sadowników. Wspieranie producentów jabłek przemysłowych  nie jest dobrym rozwiązaniem. Uważam, że lepszym wsparciem byłyby środki na dopłatę do transportu na dalekie rynki, poza Europę. Lepsza byłaby inwestycja w dobrych producentów, dobry produkt co pozwoliłoby oczyścić rynek europejski. Tego typu działania jak poprzez firmę Eskimos niczego dobrego nie wniosą .

Mam wrażenie, że ten rok jest pierwszym, kiedy to sadownicy naprawdę odczuwają brak rosyjskiego rynku…

Dokładnie tak jest. Do tej pory jeszcze udawało nam się sprzedawać jabłka na Wschód, ponadto były różne programy wsparcia. Nie było wcale źle. Pierwszego roku trwania embarga prof. Makosz straszył sadowników, że nie uda się sprzedać wszystkich jabłek i zostaniemy z idaredem. Każdy wziął to sobie do serca i handel tą odmianą odbywał się płynnie od początku sezonu. Okazało się, że koniec sezonu był całkiem przyzwoity.

Wobec problemów ze zbytem jabłek sadownicy powinni zmniejszyć produkcję?

To samo nastąpi. Ten kto liczy – a nie da się inaczej prowadzić gospodarstwa – dojdzie do wniosku, że dany gatunek czy odmiana się nie opłaca. Zapewne wtedy sadownicy postawią na inne gatunki takie jak borówki, czereśnie, śliwki czy gruszki. Myślę, że w najbliższej przyszłości nie będzie problemów ze zbytem gruszki. Rosjanie jej nie sadzą, mimo iż klimat mają zbliżony do naszego. Myślę, że prędzej czy później zmniejszanie produkcji samo nastąpi.

Poza tym uważam, że fundusze unijne, które były przez wiele lat pozyskiwane przez sadowników były źle spożytkowane. Trzeba przyznać, że Rosja nas nieco rozpuściła ponieważ nie dbała o jakość tylko głównie o ilość. Wtedy łatwo było wziąć na fundusze unijne ciągniki, opryskiwacze czy inne urządzenia natomiast sadownicy nie bardzo chcieli korzystać z tych funduszy w celu poprawy swoich sadów. Na ten moment lepiej byłoby mieć trochę gorszy ciągnik i super sad, niż odwrotnie.

Jak – Pana zdaniem – wygląda przyszłość polskiego sadownictwa?

To bardzo trudne pytanie. Gdyby zadano mi to pytanie przed wprowadzeniem embarga to powiedziałbym, że będziemy się rozwijać i cały świat będzie jadł polskie jabłka. W tym momencie mam mieszane uczucia. Znaleźliśmy się na olbrzymim zakręcie i obawiam się, że wiele gospodarstwa będzie miało albo już ma problemy z płynnością finansową. Nie ma co ukrywać, że fundusze unijne ‘wyssały’ zapas środków z gospodarstw. Produkcja jest ogromna, duża jest ilość gospodarstw i z pewnością będą jakieś drastyczne cięcia. Czasami wydaje mi się, że łatwiej będzie miał dwuzawodowiec który prowadzi małe gospodarstwo o powierzchni kilku hektarów i dodatkowo pracuje. Wydaje mi się, że tacy prędzej sobie poradzą niż 20-30 hektarowe doinwestowane gospodarstwa, które mają kredyty i olbrzymie koszty.

Niestety obecnie w naszej branży nie ma optymistów. Doskonale widać to na ulicach Góry Kalwarii czy Warszawy, gdzie ostatnio odbywały się protesty. Przychodzi wiosna a ludzie nie mają środków, żeby chronić sady i odnawiać produkcję. Powodów do radości jest mało.

Ten kto ma w gospodarstwie większość odmian takich jak prążkowana Gala, Golden, Red Chief weźmie niezłe pieniądze w tym roku. Natomiast takich gospodarstw jest bardzo mało.

Czyli w pierwszej kolejności należy postawić na wymianę sadów i odmian.

Dokładnie. Jak sugeruję takie rozwiązanie swoim udziałowcom czy dostawcom to pojawia się jedno pytanie ‘za co?’. Nikt nie chce zaciągać kolejnych kredytów chyba, że grupa realizuje program operacyjny i oferuje 50 proc. wsparcia do zakupu drzewek i konstrukcji. Za własne środki mało kogo na to stać.

Wspomniał Pan o ostatnich protestach rolników, sadowników. Co Pan o nich sądzi? 

Dobrze, że sadownicy manifestują swoje niezadowolenie bo uważam, że pewne rzeczy mogłyby wyglądać zupełnie  inaczej. Nie podobała mi się natomiast forma protestu. Do rozsypywania jabłek już zdążyliśmy się przyzwyczaić i pewnie konsumenci naszych jabłek również , natomiast palenie opon w centrum Warszawy – moim zdaniem – nie było potrzebne. Z całą pewnością spowodowało to pewien dyskomfort u naszych konsumentów. Nie buduje nam to dobrej pozycji. Należy protestować natomiast nie w tak drastyczny sposób, uważam że nie jest to godne sadownika.

Dobrze, że sadownicy chcą zwrócić na siebie uwagę bo w innych krajach unijnych są otoczeni zdecydowanie lepszym płaszczem ochronnym. U nas pod przykrywką wolnego rynku stosuje się ruchy, które nie zapewniają żadnego bezpieczeństwa producentom.

Ma Pan na myśli europejski rynek?

Tak, inne kraje chronią swoich  producentów. Ogólnie mówiąc mamy wspólny, otwarty  rynek jednak są kraje  do których eksport jest praktycznie niemożliwy lub bardzo utrudniony – pomimo super jakości i niskiej ceny.  Mimo to, uważam, że kraje które tak postępują trzeba traktować z pełnym szacunkiem  a  nasi włodarze powinni się od nich uczyć. Niby jest wspólny rynek, wspólna polityka rolna ale tak są „przytkane” kanały, że eksport jest bardzo trudny. Wewnętrzna polityka danego kraju jest taka, że rynek ma być chroniony dla własnej produkcji .

Z pewnością brakuje nam marek, produktów premium. Często zapytania sieci handlowych dotyczą produktu, który wyróżniałby się na tle innych. Inne kraje mają marki własne, które odbiegają od standardów, mają wyższe ceny. Tego z całą pewnością nam brakuje. Kwestia tego, czy branże na to stać.

A stać?

Myślę, że nie. Natomiast bez tego nie pozyskamy dodatkowych kontraktów  a żeby to zrobić środków nam brakuje. Koło się zamyka.  Branża musi sięgać po środki publiczne, jest to niestety coraz bardziej uciążliwe. 

Dziękuję za rozmowę. 

Kolejna część wywiadu z Januszem Kawęczyńskim, prezesem Fruit-Grup wkrótce na łamach portalu www.sadyogrody.pl.