GPO Galster o rozwoju sadownictwa na Wschodzie: Potencjalne ryzyko jest (wywiad)



www.sadyogrody.pl - 07 sierpnia 2018 10:43


Czy Wschód to realne zagrożenie dla polskiego sadownictwa? I jak się przygotować na nadchodzące zmiany? Będąc z wizytą na Kujawach w Grupie Producentów Owoców Galster, zapytaliśmy o to prezesa Pawła Pączkę oraz dyrektora operacyjnego Sebastiana Szymanowskiego.

Rosja mocno „wzięła się do roboty” w kwestii sadownictwa, ale nie tylko Rosja, także Mołdawia, Ukraina, w ogóle Wschód. Czy ich produkcja stanowi dla nas zagrożenie?

Sebastian Szymanowski: Póki co dosyć małe, bo nie mają jeszcze takiej kultury agrotechnicznej, ale Ukraina na ostatnich targach w Berlinie Fruit Logistica pokazała się z bardzo dobrej strony.

Paweł Pączka: Efekt świeżości – tworzą nowe sady i robią to od razu tak, jak należy, przeskakując pewne etapy.

SS: Tak, o tym efekcie można powiedzieć, że jest. Na to zagadnienie można spojrzeć dwojako. Ja jestem optymistą uważając, że nie są znaczącym zagrożeniem, bo dobry marketing to jedno, a trzeba mieć jeszcze z dużej ilości i surowca dobrej jakości, a oni mają go ciągle mniej. Chociaż w Polsce pierwsza klasa produkcji towarowej to jakieś 10-20% całości…

PP: Nie oszukujmy się – produkcja tam wzrasta, a konsumpcja nie wzrasta. Ten towar – jabłka – bardzo dobrze krąży w każdą stronę, więc jeśli kiedyś jechał z Zachodu na Wschód, to teraz może jechać ze Wschodu na Zachód. Potencjalne ryzyko jest, to tylko kwestia czasu. Można się spierać, ile lat, ale zagrożenie jest. I ja nie jestem hurra-optymistą, który uważa, że „rewolucja” to znaczy sadzić sady. Reformować – tak, bo my już przeszliśmy pewien etap. My – mówię tu o naszej grupie – w ostatnich latach naprawdę zreformowaliśmy wszystko. W 2017 roku wyrzuciliśmy 15-letni sad, nawet niezły, była dobra wydajność, konstrukcja, wszystko, ale jednak Decosta, jakiś Golden słaby. To wyleciało, bo chcemy tam posadzić super sad. Z punktu widzenia tego, że zrobiliśmy reformę pod tytułem wymiana sadu, i mamy teraz sady młode i bardzo młode, w pełni kondycji, dobrze wyposażone i zorganizowane, uważam, że teraz trzeba działać trochę spokojniej. Będziemy troszkę odtwarzać, może troszkę usuwać, troszkę sadzić, ale bez hurra-optymizmu. Dlaczego? Bo to może na siebie nie zarobić. Jest duża obawa. Ostatni rok był rokiem wyjątkowym, jeśli chodzi o ceny, myślę, że należy go wyrzucić ze statystyki średnich cen, kolejne lata nie wiadomo jakie będą, ale na pewno będą rosły koszty, choćby siły roboczej, a problemy w produkcji jednak są. Mamy rok, w którym nie było przymrozków, ale są inne, w cudzysłowie „katastrofy”, które nie pozwolą na jakiś super wynik w wydajności i jakości.

RED: Jakie to „katastrofy”?

PP: Chociażby susza. Jest to taki problem, który nas bardzo zaskoczył w naszym regionie. Jesień była ekstremalnie mokra, tonęliśmy w sadach od nadmiaru wody, wiosną nie mogliśmy ruszyć z ochroną, bo były nawet takie miejsca, gdzie nie można było wjechać z opryskiwaczem. I nagle, w krótkim czasie (w maju), przeszliśmy z nadmiaru wody w niedobór. A oprócz tego mszyca, która już nas doświadczyła. Poza tym wiosną był na tyle krótki czas pewnych faz, że w okolicy, pojawiają się problemy z parchem i mączniakiem. Czyli nie jest tak idealnie, jak mogło być. Z jakością będzie więc różnie, a jeśli chodzi o wydajność, to widzę, że bardzo dużo zawiązków spadło. Mimo dużej ilości kwiatów. Rozmawiałem z pszczelarzem – jest zdziwiony, jak bardzo mało pszczoły przyniosły miodu. Trudno mi dziś ocenić plony czy procenty, ale są miejsca, gdzie jest znacznie mniej tego owocu.

 

WKRÓTCE NA PORTALU POJAWIĄ SIĘ KOLEJNE FRAGMENTY OBSZERNEJ ROZMOWY Z PRZEDSTAWICIELAMI GRUPY PRODUCENTÓW OWOCÓW GALSTER.